
„Panna młoda” Odc. 248 — streszczenie
Beyza i Beren jechały samochodem podmiejską drogą. Za szybami przesuwały się niskie zabudowania, ogrodzenia i pasy zieleni, ale w środku auta panowała atmosfera zwycięstwa. Beren prowadziła pewnie, co jakiś czas zerkając na swoją klientkę z wyraźnym uznaniem.
— Twój występ był naprawdę znakomity — powiedziała adwokatka, nie kryjąc podziwu. — Muszę przyznać, że jesteś świetną aktorką.
ad
Beyza uśmiechnęła się pod nosem. Na jej twarzy malowała się chłodna satysfakcja.
— Sami się o to prosili — mruknęła.
W tej samej chwili wyprzedził je niebieski SUV. Samochód gwałtownie wjechał przed maskę ich auta, zaczął trąbić i zmusił Beren do zatrzymania. Adwokatka odruchowo położyła dłoń na dźwigni zmiany biegów, a Beyza spojrzała przez przednią szybę.
Z niebieskiego auta wysiadł Nusret. Stanął na środku drogi, tuż przed samochodem Beren, z twarzą ściągniętą gniewem. Nie wyglądał na człowieka, który zamierzał prosić o wyjaśnienia.
— To mój tata — stwierdziła Beyza spokojnie, jakby jego pojawienie się wcale jej nie zaskoczyło.
Nusret podszedł bliżej i spojrzał prosto na córkę.
— Wsiadaj do mnie — polecił krótko. — Porozmawiamy w domu.
Beyza odwróciła się jeszcze do Beren. Na jej ustach pojawił się pewny, niemal triumfalny uśmiech.
— To świetny początek, pani adwokat — powiedziała. — Kontynuujmy w ten sposób.
Beren odwzajemniła uśmiech.
— To jeszcze nic. Przedstawienie dopiero się zaczęło. Zobaczysz, co jeszcze przygotujemy dla twojego męża. Musisz tylko mnie słuchać.
— Nie martw się — odparła Beyza. — Będę cię słuchać.
ad
Po tych słowach wysiadła z samochodu Beren i przesiadła się do auta ojca. Na poboczu zapadła krótka, ciężka cisza, po której niebieski SUV ruszył dalej.
Beyza siedziała na jasnej, pikowanej kanapie w salonie mieszkania ojca. Wnętrze było przestronne i nowoczesne, połączone z kuchnią o ciemnych, marmurowych ścianach i połyskujących frontach szafek. Na stoliku stały ozdobne naczynia i niewielkie dekoracje, a ciepłe światło podkreślało elegancki, niemal bezduszny porządek tego miejsca. Beyza wyglądała tak, jakby po wydarzeniach w rezydencji nie została w niej nawet odrobina wahania.
Wyjęła z torebki telefon i wybrała numer do Gülsüm.
— Słucham, pani Beyzo — pokojówka odebrała już po chwili.
— Czy Yonca jest obok ciebie?
— Nie, jest w swoim pokoju.
— To dobrze. Spakuj nasze rzeczy i zanieś je do domu mojego ojca. Zrób to tak, żeby niczego nie zauważyła.
W głosie Gülsüm zabrzmiała radosna nuta.
— Ja też tam zostanę, prawda?
— Oczywiście. Powiedziałam: nasze rzeczy. Tylko uważaj, żeby Yonca nawet przypadkiem się nie zorientowała. Nie trać czasu. Przyjdź tu natychmiast.
ad
— Dobrze, pani Beyzo.
Beyza rozłączyła się, oparła wygodnie o miękkie poduszki i założyła nogę na nogę. Na jej twarzy pojawił się cień satysfakcji. W tej samej chwili do salonu wszedł Nusret. Zatrzymał się przed nią, surowy i spięty, w ciemnej marynarce oraz granatowym golfie.
— Podoba ci się ten bałagan, który narobiłaś? — zapytał chłodno. — Czy ty w ogóle rozumiesz, dokąd to wszystko może zaprowadzić?
Beyza uniosła na niego spokojne spojrzenie.
— Dokądkolwiek mnie zaprowadzi, i tak wygram.
— Wpływasz na bardzo niebezpieczne wody, Beyzo.
— Zobaczymy, kto naprawdę znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Nusret zacisnął usta, ledwie panując nad złością.
— Nie doprowadzaj mnie do szału. Szantażujesz Cihana dzieckiem, które nawet nie jest jego. Jeśli stracisz kontrolę nad sytuacją, wszyscy będziemy mieli poważne problemy.
— Przynajmniej raz zaufaj swojej córce, tato. Tym razem naprawdę stoję twardo na ziemi.
— Właśnie widzę — odparł z ironią. — Ściągnęłaś nawet reporterów. Czy ty straciłaś rozum? Co będzie, jeśli Yonca dowie się, że jej syn trafił do domu dziecka? Jak ją wtedy powstrzymasz?
ad
— Pomyślałam o wszystkim. Tym się nie martw.
— A więc o co ci chodzi? Nadal chcesz odzyskać Cihana?
Beyza uśmiechnęła się lodowato.
— Zrezygnowałam z Cihana. Teraz chcę się na nim zemścić.
Nusret przyjrzał jej się uważniej. Po chwili usiadł obok niej na kanapie, wyraźnie zaintrygowany.
— Jak zamierzasz to zrobić?
— Moja adwokatka wszystkim się zajmie. I to całkowicie legalnie. Zabiorę mu wszystko, do ostatniego kurusza.
Na twarzy Nusreta pojawił się lekki uśmiech.
— Teraz zaczynasz mówić rozsądnie.
— Jeśli Cihan naprawdę kocha swoje dziecko, poświęci dla niego całą fortunę.
— Trzymasz w rękach bombę, Beyzo — ostrzegł ją. — Musisz ją szybko odrzucić, zanim wybuchnie ci prosto w twarz.
Beyza spojrzała na niego z pełnym przekonaniem.
— Mam lepszy plan, tato. Podłożyłam bomby we wszystkich słabych punktach czułego serca Cihana. W mojej dłoni został tylko detonator. Kiedy nadejdzie właściwy moment, po prostu nacisnę przycisk.
ad
Hancer siedziała na schodach przed starym domem, skulona pod jasnym płaszczem. Biała fasada budynku, puste ogrodowe krzesła i nagie gałęzie pnączy rozpiętych pod pergolą tylko potęgowały chłód tej chwili. Na podwórku panowała cisza, lecz w niej samej wszystko krzyczało. Łzy spływały jej po policzkach, a poczucie winy ściskało ją za gardło. Była przekonana, że to przez nią Cihan został rozdzielony z synem.
Po chwili na patio weszła Mukadder. Hancer podniosła się odruchowo i spuściła głowę, jak uczennica stojąca przed surową nauczycielką. Nie miała siły na kolejną walkę.
— To twoja wina — powiedziała Mukadder z odrazą. — Skoro tak bardzo pragnęłaś mojego syna, dlaczego go zostawiłaś? Nie wystarczyło ci, że raz go zniszczyłaś? Teraz chcesz zrobić to samo po raz drugi?
Hancer zacisnęła dłonie na połach płaszcza. Jej oczy nadal były mokre.
— Nie jestem w stanie prowadzić tej rozmowy — odpowiedziała słabym głosem.
— Miałaś siłę, żeby to zrobić, a teraz nie masz siły o tym mówić?
Na podwórku pojawiła się Fadime. Stanęła obok Mukadder i również spojrzała na Hancer z pogardą. W tej jednej chwili Hancer znalazła się naprzeciw dwóch kobiet, które widziały w niej wyłącznie winowajczynię.
Hancer, ubrana w beżowy płaszcz, stoi zgarbiona. Mukadder i Fadime patrzą na nią z pogardą.
ad
— Zwabiłaś żonatego mężczyznę do swojego domu — ciągnęła Mukadder. — Przez ciebie jego żona zaatakowała nas i upokorzyła na oczach wszystkich. To wszystko twoja wina!
— Tylko rozmawialiśmy — zaprotestowała Hancer drżącym głosem. — Oskarża mnie pani niesłusznie.
— Nawet diabeł nie jest tak grzeszny jak ty!
Hancer uniosła głowę. W jej spojrzeniu, mimo łez, pojawił się cień sprzeciwu.
— Nie zrobiłam nic złego.
— Zrobiłaś! — syknęła Mukadder. — Zniszczyłaś reputację mojego syna. Wiem, co z tobą zrobię, ale teraz nie jest na to pora.
Odwróciła się gwałtownie i odeszła. Hancer ledwie zdążyła złapać oddech, gdy stanęła przed nią Fadime. Jej twarz była napięta, a głos pełen matczynego gniewu.
— Spotkałam w życiu wiele bezwstydnych kobiet, ale nigdy takiej jak ty. Mogłaś się rozwieść, zanim wpuściłaś pana Cihana do swojego domu.
— Siostro Fadime, proszę, uwierz mi. To nie jest tak, jak myślisz…
— Zrujnowałaś pana Cihana i mojego syna, a teraz wzięłaś sobie za cel maleńkie dziecko? — przerwała jej Fadime. — Czy twoje zło naprawdę nie zna granic? Powiedziałabym ci jeszcze wiele gorzkich słów, ale nie zrobię tego tylko dlatego, że nosisz mojego wnuka. Przeklinam cię jako matka, której złamałaś serce. Żal mi mojego wnuka, że będzie miał taką matkę jak ty. Żal mi tego niewinnego dziecka, które dziś rozdzieliłaś z ojcem!
ad
Fadime odeszła równie gwałtownie jak Mukadder. Hancer została sama pośród białych ścian, pustych krzeseł i martwych gałęzi oplatających pergolę. Odsunęła jedno z ogrodowych krzeseł, opadła na nie bez sił i zasłoniła brzuch obiema dłońmi.
Dopiero wtedy pękła całkowicie. Jej ramiona zaczęły drżeć, a łzy popłynęły jeszcze obficiej. Nie próbowała już ich powstrzymać.
W przestronnym salonie rezydencji panował ciężki, duszny spokój. Kryształowe żyrandole połyskiwały pod sufitem, jasne kanapy i fioletowe fotele stały w nienagannym porządku, a ozdobny stolik z czerwonym bieżnikiem wyglądał tak, jakby przed chwilą nikt nie przeżył tu żadnego dramatu. Tylko Mukadder, skulona na fioletowej sofie, zdradzała, że dom wciąż drżał po ostatnich wydarzeniach.
Siedziała z głową wspartą na dłoni i walczyła z narastającym bólem. Fadime przyniosła jej szklankę wody, ale pani Develioglu nawet na nią nie spojrzała.
— Czy ta bezwstydna kobieta jeszcze nie odeszła? — zapytała z trudem. — Ta ladacznica… Co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie zniknęła z naszego życia?
— Ja też z nią porozmawiałam — oznajmiła Fadime. — Powiedziałam jej wszystko, co powinna była usłyszeć.
— Tacy jak ona nie mają wstydu.
W tej samej chwili telefon leżący na stoliku zaczął dzwonić. Mukadder spojrzała na ekran i znieruchomiała. Numer nie był zapisany w kontaktach, ale znała go aż za dobrze. Wiedziała też, że połączenia z tego miejsca nigdy nie przynosiły dobrych wieści.
ad
— Dobrze, wróć do pracy — poleciła Fadime, sięgając po telefon.
Gdy pokojówka wyszła, Mukadder podniosła się z kanapy i odebrała.
— Słucham?
— Niestety, mamy dla pani złe wieści, pani Mukadder — odezwał się niski, męski głos. Był to dyrektor placówki, w której przebywał Metin.
Kobieta pobladła.
— Co się stało? Zachorował? A może… umarł?
— Mamy nadzieję, że żyje.
— Co to znaczy, że macie nadzieję?
— Pacjent znowu uciekł. W ośrodku wybuchła panika. Sądzimy, że wykorzystał zamieszanie i wtedy zniknął. Przeszukaliśmy okolicę, ale go nie znaleźliśmy. Poszukiwania nadal trwają.
Mukadder rozłączyła się bez słowa. Przez chwilę stała nieruchomo, jakby cały salon nagle odpłynął jej sprzed oczu. Potem opadła ciężko na sofę, chwyciła się za serce i straciła przytomność.
Do pokoju wbiegła Sinem. Zatrzymała się na widok bladej, bezwładnej teściowej.
— Mamo, co się stało?! — krzyknęła, pochylając się nad nią. — Fadime! Przynieś wodę kolońską! Szybko! Mamo, słyszysz mnie? Otwórz oczy!
ad
Chwyciła Mukadder za nadgarstek i sprawdziła puls. Po chwili do salonu wpadła Fadime z butelką wody kolońskiej.
— Co się stało? — zapytała przerażona.
— Nie wiem. Kiedy weszłam, była już w takim stanie. Przecież byłaś przy niej wcześniej. Jak mogłaś nie zauważyć, że coś jest nie tak?
— Wydawało mi się, że nic jej nie jest. Zadzwonił telefon i wyszłam.
— Telefon? Kto dzwonił?
— Nie wiem. Nie słyszałam rozmowy.
Fadime roztarła odrobinę wody kolońskiej w dłoniach i podsunęła ją pod nos Mukadder. Kobieta powoli otworzyła oczy, ale nadal była śmiertelnie blada. Oddychała płytko, jakby nawet powrót do przytomności wymagał od niej ogromnego wysiłku.
— Wstyd tym, którzy doprowadzili cię do takiego stanu — żachnęła się Fadime, przekonana, że Mukadder zasłabła po odebraniu małego Cihana Gurura przez policję. — Dzięki Bogu, dochodzisz do siebie.
— Może wezwę lekarza, żeby cię zbadał — zaproponowała Sinem z niepokojem.
— Nie trzeba — odparła Mukadder słabym głosem. — Moje ciało nie było już w stanie udźwignąć wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Fadime, zaprowadź mnie do pokoju.
Pokojówka objęła ją ostrożnie pod ramię i pomogła jej wstać. Mukadder ruszyła chwiejnie w stronę holu, wciąż trzymając dłoń na piersi.
ad
Sinem została sama w salonie. Spojrzała na telefon teściowej, który nadal leżał na stoliku. Przez chwilę wahała się, czy odnieść go Mukadder, lecz ciekawość okazała się silniejsza. Wzięła aparat do ręki i oddzwoniła pod ostatni numer.
— Witamy w domu opieki — odezwał się automatyczny, kobiecy głos. — Jeśli znasz numer wewnętrzny, z którym chcesz się połączyć, wybierz go.
Sinem natychmiast się rozłączyła.
— Dom opieki? — wyszeptała, marszcząc brwi. — Nie zemdlała, gdy zabrano jej wnuka. Zemdlała dopiero po rozmowie z kimś z domu opieki.
Ścisnęła telefon w dłoni i spojrzała w stronę, w którą przed chwilą zniknęła Mukadder. W jej oczach pojawiło się podejrzenie. Coś w tej sprawie zdecydowanie się nie zgadzało.
Fadime prowadzi Mukadder, trzymając ją pod ramię. Z tyłu stoi Sinem.
Zbliżenie na twarz poruszonej Sinem.
ad
Wieczór zapadł nad rezydencją. W pokoju Mukadder panował półmrok rozproszony ciepłym światłem lamp. Ciężkie, drewniane meble, bogato rzeźbiona toaletka z wysokim lustrem, czerwony aksamitny fotel i szerokie łóżko przykryte ciemną, wzorzystą narzutą nadawały wnętrzu dostojny, niemal duszny charakter. Wszystko było tu uporządkowane, eleganckie i chłodne — zupełnie jak sama pani Develioglu, która teraz chodziła nerwowo po pokoju, zaciskając dłonie na wysokości brzucha.
Ciężko westchnęła i zatrzymała się przed toaletką.
— Boże, te problemy nie mają końca — wyszeptała. — Jedne kłopoty odchodzą, a następne już pukają do drzwi. Co będzie, jeśli Metin przyjdzie do rezydencji? Muszę go znaleźć, zanim dotrze tutaj pierwszy.
W tej samej chwili rozległo się ciche pukanie.
— Wejdź — rzuciła szorstko.
Drzwi otworzyły się i do środka weszła Sinem. Miała na sobie czarno-biały, kraciasty płaszcz z połyskującymi rękawami i bordową chustę, która ostro kontrastowała z jasnymi ścianami pokoju. W dłoni trzymała telefon Mukadder. Jej twarz była spokojna, ale spojrzenie uważne. Weszła ostrożnie, jak ktoś, kto już wie, że za zamkniętymi drzwiami ukrywa się coś więcej niż zwykłe zmęczenie.
— Zostawiłaś telefon, mamo — powiedziała, podając jej aparat. — Wyglądało na to, że po tej rozmowie poczułaś się gorzej. Czy dostałaś jakieś złe wieści?
Mukadder odwróciła wzrok. Przez krótką chwilę milczała, jakby szukała odpowiedzi, która zabrzmi wystarczająco zwyczajnie.
— Dzisiaj odebrałam wiele telefonów — odparła w końcu. — Przyjaciele, znajomi… Wszyscy dzwonili bez przerwy. W pewnym momencie chyba miałam już wszystkiego dość i zemdlałam.
ad
Sinem przyjrzała jej się uważniej. Nie uwierzyła ani w ton, ani w słowa teściowej, ale nie dała tego po sobie poznać.
— Rozumiem — powiedziała cicho. — W takim razie nie rozmawiaj już dziś przez telefon. I proszę, nie denerwuj się tak bardzo.
Mukadder zacisnęła usta.
— Wiem, co mam robić. A jeśli ktoś zacznie zadawać tobie pytania, nie odpowiadaj. Nie mów nic o Beyzie, nie komentuj niczego i nie mieszaj się w tę sprawę.
Podeszła do fotela i usiadła ciężko, jakby dopiero teraz poczuła, ile kosztowała ją ta rozmowa.
— Chcę chwilę pobyć sama. Niech nikt nie przychodzi do mojego pokoju.
— W porządku, mamo.
Sinem skinęła głową i odwróciła się do wyjścia. Zamykając za sobą drzwi, miała już pewność, że Mukadder ją okłamała. To nie telefony od znajomych doprowadziły ją do omdlenia. To nie skandal z Beyzą ani odebranie małego Cihana Gurura tak ją przeraziły.
Chodziło o dom opieki.
Sinem ruszyła korytarzem, ale jej myśli zostały w pokoju teściowej. Nie wiedziała jeszcze, co dokładnie ukrywała Mukadder. Wiedziała jednak jedno: jeśli nie dziś, to wkrótce pozna prawdę. I tym razem nie zamierzała odpuścić.
ad
W starym domu rozległ się dzwonek do drzwi. Hancer zeszła na dół i otworzyła. Za progiem, w chłodnym mroku wieczoru, stała Sinem. Miała na sobie ciemny płaszcz i bordową chustę, a w dłoni ściskała telefon. Na jej twarzy malował się niepokój. Przez otwarte drzwi widać było nagie gałęzie drzew i ciemny ogród pogrążony w ciszy.
— Bardzo się o ciebie martwiłam — powiedziała cicho. — Przyszłam dopiero teraz, bo wcześniej mama Mukadder mogłaby mnie zobaczyć. Gdyby to zależało ode mnie, zostałabym dziś przy tobie na całą noc.
Hancer patrzyła na nią oczami pełnymi łez. Była blada, wyczerpana i kompletnie rozbita po wszystkim, co wydarzyło się tego dnia.
— Chciałam powiedzieć Cihanowi prawdę — wyznała drżącym głosem. — Chciałam powiedzieć mu, że to nasze dziecko. Wyobraź sobie, co by się stało, gdybym naprawdę to zrobiła. Po tym wszystkim, co dzisiaj przeżył, dostałby jeszcze jeden cios. Jakby jego cierpienia było mało, chciałam złożyć na jego barkach kolejny ciężar.
— Nie obwiniaj się — odparła Sinem łagodnie. — Tobie też nie jest łatwo. Ale teraz martwię się o Cihana. Spakował rzeczy i gdzieś pojechał. Nie mogę się do niego dodzwonić. Wiesz, gdzie może być?
Hancer otarła policzek, choć łzy natychmiast napłynęły jej do oczu na nowo.
— Tak. Nie wytrzymałam i pojechałam do prokuratury. Engin zrobił wszystko, co mógł, ale prokurator mu nie uwierzył. Cihan wyszedł stamtąd wściekły. Boję się, że zrobi coś głupiego. Engin powiedział, że sytuacja jest bardzo poważna. Najmniejszy błąd może sprawić, że Cihan straci prawo do opieki nad synem.
Sinem natychmiast jeszcze raz wybrała numer do Cihana. Tym razem mężczyzna odebrał.
ad
— Tak, bratowo?
Sinem włączyła tryb głośnomówiący, żeby Hancer również mogła słyszeć każde słowo.
— Cihanie, martwię się o ciebie. Nadal nie wróciłeś do domu. Gdzie jesteś?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Przed domem dziecka — odpowiedział w końcu ciężkim głosem. — Chciałem zobaczyć syna, ale mi nie pozwolili.
— Znajdziemy rozwiązanie — zapewniła Sinem. — Posłuchaj mnie, musisz być silny. Musisz myśleć rozsądnie, dla jego dobra. Wróć do domu, Cihanie.
— Zabrali mi syna, a ja nie mogłem nic zrobić — powiedział z bólem. — Nie wiem, gdzie dokładnie jest, nie wiem, kto przy nim czuwa. I mam wrócić do domu? Mam siedzieć bezczynnie, jakby nic się nie stało? Nie mogę tego zaakceptować. Nie mogę.
— Wiem, że cierpisz, ale teraz nie mamy innego wyjścia. Przynajmniej wiemy, że Cihan Gurur jest bezpieczny.
— Nie wrócę bez syna. Będę czekał tutaj.
Rozłączył się, zanim Sinem zdążyła odpowiedzieć.
Hancer zacisnęła usta, ale nie potrafiła powstrzymać szlochu.
— To dziecko zostało zabrane z domu. Oderwane od ojca — wyszeptała. — Dusza Cihana teraz krwawi. To wszystko moja wina.
ad
Sinem przekroczyła próg i bez słowa objęła ją mocno. Hancer wtuliła się w nią bezradnie, jakby dopiero ten gest pozwolił jej całkiem się rozsypać.
— To nie twoja wina — powiedziała Sinem stanowczo, trzymając ją w ramionach. — Za wszystko odpowiada Beyza. Ty niszczysz siebie z powodu Cihana Gurura, a mnie pęka serce, kiedy widzę cię w takim stanie. A Beyza? Ona nawet nie mrugnęła. Żeby zmusić Cihana do padnięcia przed nią na kolana, wykorzystała własne dziecko. Co to za sumienie? Co to za matka?
Przytuliła Hancer jeszcze mocniej.
— Nie możesz się tak zadręczać. Musisz myśleć o swoim dziecku. Bóg jest wielki. Znajdzie rozwiązanie dla nas wszystkich.
Hancer nie odpowiedziała. Stała tylko w progu, w ramionach Sinem, i płakała cicho, podczas gdy za ich plecami noc coraz mocniej otulała stary dom.
Sinem obejmuje Hancer.
ad
Gdy Engin wrócił do domu, w salonie panowała cisza. Ciepłe światło lampy padało na jasną, narożną kanapę, ciemne stoliki o złotych nogach i zasłony w przygaszonym, śliwkowym kolorze. Sila spała skulona na jednym z boków kanapy, z policzkiem opartym na rękawie musztardowego swetra. Wyglądała na tak zmęczoną, jakby sen dopadł ją nagle i bez żadnego ostrzeżenia.
Engin zatrzymał się w progu. Przez chwilę przyglądał jej się z łagodnym uśmiechem, po czym ostrożnie zdjął marynarkę i usiadł obok. Mimo że starał się nie hałasować, Sila poruszyła się i otworzyła oczy.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Obudziłem cię, chociaż naprawdę próbowałem zachować ciszę. Myślałem, że zastępujesz koleżankę na dyżurze.
Dziewczyna poprawiła włosy i powoli się wyprostowała.
— To już nieaktualne. Rozmawiałam z dyrektorem o rezygnacji. Znalazł zastępstwo, więc nie musiałam zostawać na noc.
Na twarzy Engina pojawiła się wyraźna ulga. Poluzował krawat, jakby dopiero teraz pozwolił sobie odetchnąć.
— To dobrze.
Sila przyjrzała mu się uważniej. Dopiero z bliska dostrzegła zmęczenie w jego oczach.
— Ale ty chyba miałeś ciężki dzień. Skąd wracasz tak późno?
Engin westchnął i usiadł wygodniej.
ad
— Beyza znowu narobiła bałaganu. Złożyła skargę na Cihana do prokuratury, a oni uznali, że może wywierać negatywny wpływ na dziecko.
Sila zmarszczyła brwi.
— Nie rozumiem, dlaczego to zrobiła.
— To proste. Chciała, żeby Cihan cierpiał. Cihan Gurur jest teraz pod opieką państwa. Umieszczono go w domu dziecka. Beyza przez długi czas była cicho, ale najwyraźniej tylko dlatego, że przygotowywała kolejny plan.
— Nie rozumiem, jak matka może zrobić coś takiego własnemu dziecku — powiedziała Sila z niedowierzaniem. — Wiemy, że Beyza jest złą osobą, ale to… to jest potworne.
— Jest straszną osobą — przyznał Engin. — I właśnie z takimi ludźmi walczę w swojej pracy.
W tej samej chwili w kieszeni jego marynarki rozdzwonił się telefon. Engin sięgnął po aparat i odebrał.
— Natychmiast załatw mi ten dokument! — zażądał Cihan bez żadnego wstępu. Jego głos był napięty, niemal rozkazujący. — Znajdź prokuratora dyżurnego i zmuś go, żeby wydał mi pozwolenie na widzenie z dzieckiem!
— Zrobię to, bracie. Porozmawiam z nim jutro.
— Enginie, ja nie mogę czekać do jutra!
Engin spoważniał.
ad
— Gdzie teraz jesteś?
— Przed domem dziecka.
— Nie rób tego — powiedział natychmiast. — Czekasz tam na próżno. I błagam, nie mów mi, że pokłóciłeś się ze strażnikiem. Sytuacja i tak jest wystarczająco trudna. Nie pogarszaj jej.
— Zabrali mi syna — odparł Cihan zduszonym głosem. — Oddzielili go ode mnie, rozumiesz? Nie mogłem nic zrobić. Nic. Zdobądź dla mnie to pozwolenie.
— Zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale proszę, spójrz prawdzie w oczy. Beyza związała nam ręce. Znasz prawo. Wiesz, że musimy działać zgodnie z procedurami. Wróć do domu, Cihanie. Jeśli naprawdę chcesz wygrać tę sprawę, musisz zachować spokój.
— Zdobądź dla mnie to pozwolenie! — krzyknął Cihan. — Nigdzie się stąd nie ruszę bez mojego syna. Będę czekał tutaj choćby do końca życia!
— Cihanie, nie rób tego…
Ale Cihan już go nie słuchał. Połączenie zostało przerwane.
Engin opuścił telefon i przez chwilę milczał. Sila siedziała obok niego nieruchomo, z twarzą pełną niepokoju. W przytulnym salonie, jeszcze przed chwilą spokojnym i cichym, zawisło ciężkie napięcie.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 184.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.